Nie do końca pogrzebane sekrety Białegostoku
Gdy nieopodal białostockiej Synagogi Mohylewera, w pobliżu cekhauzu w półmroku podcieni i przechodnich wierzej, gdzie handlujący chałwą Karaimi współegzystowali z chasydami, Żmudzinami, esaułami i zruszczonymi urzędnikami niedawnego generał-gubernatorstwa, pojawił się Aaron Chaim Różański, rzekomo pochodzący z Ejszeryszek, nikt nie przypuszczał, że oto zachybotał się podlaski półświatek.
Ów przybyły w przeddzień niepozorny, lecz nad wyraz zażywny Białostoczanin wagi superpółśredniej/super półśredniej, mówiący wedle potrzeb – po polsku, chachłacku lub w jidysz, czmychał, niosąc vendettę, jatkę, wyobrażał bowiem wyrzut sumienia miasta.
Kiedy w burozielonobrązowej kamienicy przy ulicy Bóżniczej przyuważono nieprzykryte zwłoki Szymona Orzechowskiego, pół-Żyda, pół-Rusina, z nożem wrażonym pod żebro, nawet niechętni sensacjom śledczy z Chanajek i Piasków zamilkli w przerażeniu. Wokół potężnej skrzyni posażnej dostrzeżono porozrzucane różańce, przezuwki, nibyludowe chusty, kolaże fotografii i epistoły opatrzone post scriptum w jidysz.
W niechlujnych tancbudach, garkuchniach, przeróżnych spelunach chuliganów, chacharów, sutenerów i innych drapichrustów zaczęło morzyć bezbrzeżne zatrwożenie.
W cuchnącej piwnicy, gdzie wilgoć przeżera kości, znaleziono zeszyt zapisany niechlujnym charakterem pisma, w którym ktoś, poprawiając wyrazy po trzykroć, powtarzał: „żółć”.
W Restauracji Ermitaż, zadymionej od półtrzecia dnia na przyszarzałej etażerce stały podróbki szarosrebrzystobłękitnych jaj Faberge wprost z Imperium Rosyjskiego. Przy samowarze w ciemnym kącie siedzieli obok siebie Litwin, Moskal, Żyd, mówiąc półgłosem i nie patrząc sobie w oczy.
Na cmentarzu rabinackim odkryto symbol wyrżnięty nożem: krzyż splątany z hebrajską literą chet, czyli czyhający u drzwi grzech.
Zmierzch przyniósł chłód wpełzający pod kołnierze przestarzałych tużurków i kożuchów.
Cały Białystok tonął w półcieniu nie do końca pogrzebanych sekretów.